NewsletterFacebook

Noc horroru


Demony prerii

Ostatnie lata obfitowały w horrory wykorzystujące folklor w służbie grozy – kilka lat temu skutecznie straszyła Czarownica Roberta Eggersa, niedawno hitem okazał się Midsommar. W biały dzień Ariego Astera. Demony prerii Emmy Tammi wytrzymują porównanie z tymi tytułami. To fascynująca opowieść o kobiecie czekającej na powrót męża w chacie położonej na odludzi, na zapomnianej przez Boga prerii. Im więcej czasu Lizzy (doskonała Caitlin Gerard) spędza w samotności, tym silniej czuje obecność czegoś dziwnego – przerażającego, niewytłumaczalnego, pochodzącego nie z tego świata. Reżyserka Emma Tammi doskonale rozumie, że dobry horror opowiada nie tylko o demonach, ale przede wszystkim o demonach ludzkiego umysłu. Jej dreszczowiec doskonale łączy realne z wyobrażonym, a westernowa sceneria, skąpana na przemian w palącym słońcu i mroku nocy, okazuje się idealnym miejscem dla  horroru.

 


Łowca głow

Łowca głów to esencja brutalnej fantastyki zamknięta w siedemdziesięciu dwóch minutach niedrogiego, surowego, wciągającego jak diabli filmu. To Wiedźmin okrojony z pompy i efektowności, w którym nie ma smoków, czarownic i innych bzdur; jest małomówny wiking, jest leśna chatka; jest kolekcja głów należących do zaszlachtowanych potworów; jest wola zemsty. Przez pierwsze pół godziny Łowca głów to film tak spokojny, cichy i kontemplacyjny, że ktoś mógłby niechybnie uznać go za slow cinema. Później reżyser Jordan Downey pokazuje jednak, że bliżej mu do Martwego zła niż do kina Beli Tarra, a prosta jak budowa topora fabuła rozwija się w zaskakujący sposób. Łowca głów do końca pozostaje jednak sobą – chropowatym filmem o wikingu, który skróci o głowę każdą przeklętą kreaturę.